|
- Byłem już trzy razy na masażach w świetlicy otwartej i poczułem poprawę
- cieszy się 39-letni Jerzy Domagała ze Stefanowic, który latem zeszłego
roku uległ wypadkowi w pracy.
- Pan Chlebowski co dwa, trzy dni umawia się z Jurkiem na zabiegi rehabilitacyjne
w świetlicy otwartej - podkreśla nowosolanin Adam Sopór, który sam mocno
wspiera do niedawna jeszcze obcego człowieka. Bo to dzięki niemu "GL"
dowiedziała się o sprawie J. Domagały i włączyła w akcję pomocy dla niego
("Dobrzy ludzie przygarnęli chorego", "GL" z 21 I oraz tekst "Coraz więcej
osób chce pomóc choremu" z 25 stycznia). Sopór zadzwonił kilkanaście dni
temu do redakcji i przedstawił trudną sytuację samotnego człowieka, który
po wypadku w lipcu 2007 r. został niemal bez pomocy. Dzięki bogu został
chociaż bezinteresownie przygarnięty przez sąsiadów ze wsi - Rybickich.
Jednak to, co było dla niego najważniejsze - rehabilitacja - od kilku
miesięcy nie ruszało z miejsca.
Operowało pięciu lekarzy
- Gdy leżałem na chirurgii w Nowym Tomyślu, raz w tygodniu przyjeżdżała
tam doktor Osowska, neurochirurg z kliniki w Poznaniu - opowiada Domagała.
- Zakwalifikowała mnie do natychmiastowej rehabilitacji! Od tej pory minęło
kilka miesięcy. I nic. Jestem tu u Rybickich. Dopiero dzięki "Gazecie"
sprawa ruszyła z miejsca.
Pan Jerzy opowiedział nam teraz, bo wcześniej nie było na to czasu, szczegóły
wypadku.
- To było bardzo dziwne; w szpitalu w Gorzowie, gdzie mnie zawieziono
na sygnale, lekarze nie mogli uwierzyć - relacjonuje. - Pracowaliśmy w
Trzcielu. I tam spadłem z ... drugiego szczebla drabiny malarskiej na
trawę. Upadłem tak nieszczęśliwie, że poczułem tylko mrówki w rękach,
nogach i tyle.
Operowało aż pięciu lekarzy. Pacjent pokazuje bliznę na szyi. Tędy medycy
dostawali się do kręgosłupa. Do końca życia pan Jerzy pozostanie z płytką
metalową wspomagającą kręgosłup i wyciętym kawałkiem własnej kości biodrowej
spełniającym to samo zadanie.
Łańcuszek życzliwych
- Orzeczenie lekarskie brzmiało: zwichnięcie kręgów szyjnych c3 i c4 z
porażeniem czterokończynowym - podpowiada chory. Oznaczało to paraliż
rąk i nóg przez pierwsze miesiące po wypadku i pobyt w dwóch szpitalach.
Stanisław Chlebowski, przewodniczący rady miejskiej, którego poprosiliśmy
o pomoc głównie jako fizjoterapeutę, prowadzi od niedawna masaże i pewne
bezpieczne ćwiczenia chorego. - Dopóki lekarz specjalista nie określi
kierunku rehabilitacji - stwierdza S. Chlebowski. Podszedł do sprawy nie
tylko życzliwością, ale i sercem. - Okazało się, iż to mój dawny uczeń;
przecież go tak nie zostawię - mówi.
Pomaga też drugi życzliwy (poproszony przez nas) człowiek, Dariusz Chłopek,
zbąszynianin pracujący w szpitalu. Załatwia Domagale wszelkie formalności
związane ze skierowaniem na rehabilitację być może nawet do kliniki w
Poznaniu, gdzie trudno się dostać.
- Pan Chłopek próbował się dobijać do kliniki, ale okazało się, iż wykorzystując
ferie lekarze wyjechali na urlopy w Alpy - przekazuje pełen nadziei J.
Domagała.
Chyba jednak najwięcej zawdzięcza panu Adamowi, związanemu z rodziną Rybickich.
- Pracuję za granicą, lecz bywam tutaj więc pomagam Jurkowi - mówi. Podrzuca
Domagałę do lekarza lub na rehabilitację. Jak dopiero teraz nam powiedział,
żeby móc prowadzić samochód zdjął gips, który miał założony na nodze.
- Sam też wymagam leczenia - uśmiecha się Sopór.
|