Drugie życie w ogrodzie

W dzień ciężko pracowali, a nocami siedzieli nad książkami o roślinach


Krystyna i Ryszard
Samoczukowie
obowiązki ogrodnicze dzielą następująco: ona zajmuje się szczegółami w ogrodzie przydomowym i pilnuje sprzedaży, on ma na głowie "produkcję" roślin


W Stefanowie, parę kilometrów od miasta, kupili dom i trochę ziemi, i wzięli się za ogrodnictwo. Ona wdowa, on wdowiec. Dziś szczęśliwe małżeństwo.

Swoje drugie życie zaczynali od początku. Najpierw on kupił wiejski dom, a właściwie część domu, w Stefanowie. Do tego pół hektara ziemi. Już wtedy kiełkowała myśl o urządzeniu się pośród zieleni.
- Urodziłem się wśród sadów w Radzyniu Podlaskim - opowiada Ryszard Samczuk.
- Dziadek był sadownikiem i od małego uczył mnie jak się szczepi drzewa; ojciec miał gospodarstwo rolne, tak więc ciągnęła się za mną rodzinna tradycja związków z ziemią.
- Zaczynaliśmy 12 lat temu od chryzantem i ... kapusty - mówi Krystyna Samczuk. - Rosły sobie wspólnie w jednym tunelu foliowym. Ale okazało się, iż pomysł, żeby zrobić interes na chryzantemach, najlepiej zresztą sprzedających się w Dniu Zmarłych, nie wypalił.
- Wtedy powyrywałam wszystkie chryzantemy, tak, że nawet sadzonek na rok następny nie zostało - przypomina pani Krystyna.

Jak to robił dziadek
- A ja wówczas przypomniałem sobie dziadka i jego naukę szczepienia drzewek, i wzięliśmy się za szczepienie roślin ozdobnych - ciągnie pan Ryszard.
- Łatwo nie było, bo od czasów dzieciństwa minęło wiele dziesiątków lat. Trzeba było się douczać. W dzień zatem pracowaliśmy, a nocami siedzieliśmy w książkach o roślinach.
Pracowali ostro. Zresztą nie zwalniają do dziś; od 6.30 do 22.30 czas poświęcają roślinom. W ten sposób doszli do ogrodnictwa w obecnym kształcie. Mają własny, pokazowy ogródek przy domu i obok wystawkę z roślinami do sprzedaży. Natomiast w innym miejscu 2,8 ha upraw, gdzie rośliny są "produkowane".
Od sadzonki do krzewu, drzewka.
- Moim marzeniem był ogród wchodzący do domu - przekazuje pan Ryszard.
- I teraz tak właśnie mamy. Rozmawiamy na tarasie przed domem. Żeby tu wejść trzeba pokonać mostek nad stawkiem. Na poręczy wycięte nożykiem: "Kocham Ryszarda - Krystyna". Nieco dalej imiona dzieci. Ona ma syna z pierwszego małżeństwa, on z pierwszego małżeństwa aż trzech panów. Jeden z nich, Darek, podobnie jak ojciec zajmuje się ogrodnictwem, choć w innej specjalizacji; w Zbąszyniu prowadzi zakład pielęgnacji ogrodów.

Poznali się i pokochali
- Poznaliśmy się w 1994 r. na sylwestra w Zielonej Górze - relacjonuje K. Samczuk. Potem przyszły małżonek przywiózł ją do Stefanowa, żeby pokazać co planuje. Tymczasem ona... - Wzięła dziabkę i wydziabała wszystko co rosło w ogródku warzywnym - śmieje się pan Ryszard z ówczesnej znajomości roślin pani Krystyny.
- Lubiłam porządek, a to wszystko rosło jakoś nie tak... - odparowuje żona.
Nie dziw, że tak się zachowała. Przez 20 lat siedziała za biurkiem w Urzędzie Wojewódzkim w Zielonej Górze i ogrodnictwo nie było jej pasją. Teraz jest.
- Kocham rośliny, bo kocham męża - wyznaje pani Krystyna. R. Samczuk wcześniej był oficerem wojska polskiego. Ukończył Wyższą Szkołę Oficerską Wojsk Rakietowych i Artylerii w Toruniu, a po kilku latach nawet akademię w Moskwie. Z wojska jednak odszedł na własną prośbę w 1990 r. w randze majora. Dziś, w ogrodnictwie, chyba jest już pułkownikiem. Próbował doradzać burmistrzom Zbąszynia jak całościowo zorganizować zieleń w mieście, ale jakoś z jego rad nikt w ratuszu nie skorzystał. A szkoda...

 

Podziel się swoim zdaniem

teren@gazetalubuska.pl   Tel: 324 88 54

EUGENIUSZ KURZAWA

Fotografia: Bartłomiej Kudowicz
(Gazeta Lubuska 2007)

powrót