|
- Pierwszy raz Australijczycy przyjechali tu ze swoim pastorem jeszcze
przed moim przybyciem na parafię - wskazuje Olgierd Banaś, proboszcz z
Łęgowa Sulechowskiego.
Do łęgowskiej parafii należy Klępsk. "W 1838 r. z Klępska wyjechało
do Australii wiele rodzin luterańskich (pod przywództwem pastora Kavela).
Oprócz ludności niemieckiej emigrowali także Polacy" - tak napisał Stanisław
Kramarczuk, kustosz polskiego muzeum w Polish Hill River w Australii,
w księdze pamiątkowej proboszcza Banasia.
- W 150-lecie tej emigracji przyjechała do Klępska delegacja Australijczyków
razem z pastorem, ale ja przyszedłem tu dopiero w 1990 r., więc ich nie
spotkałem. Mówił mi to poprzedni proboszcz, jak i mieszkańcy - opowiada
ks. Banaś. Potem Australijczycy zaczęli się pojawiać regularnie. - Oceniam,
że przez lata było w Klępsku 35-40 wycieczek z antypodów.
"Najeżdżają" Klępsk
O. Banaś założył księgę wpisów dla odwiedzających drewnianą perełkę w
Klępsku. Piąty zeszyt właśnie się zapełnia. - O, proszę, mamy najnowszy
wpis "australijski", pochodzi z 16 czerwca 2007, czyli oni przyjeżdżają
nieustannie
- kapłan pokazuje księgę wyłożoną w kościółku. Ze zapisów gości odwiedzających
zabytek w Klępsku ksiądz wyłuskał wpisy osób z Australii. Zrobił z nich
odbitki ksero i złożył w specjalną zszywkę. Dołożył dwa listy, które otrzymał
od Barrego Browna z Nowej Zelandii. Oba po polsku! Pochodzą z początku
lat 90, gdy Nowozelandczyk zapowiada wizytę w Polsce. Z pieczątki wynika,
iż był on "Tour Co-ordinator", czyli organizatorem wycieczek. Od jego
wizyty u ks. Banasia Klępsk zaczęły "najeżdżać" zorganizowane grupy australijskie.
Co w tym jest ciekawe - to fakt, iż upłynęło niemal 170 lat od chwili
gdy klępski pastor August Kavel wyprowadził swoją trzódkę do Australii,
a mimo to wciąż przybywają do Polski potomkowie emigrantów ciekawi swoich
korzeni. Mało tego, ich zainteresowanie rośnie.
Wciąż pamiętają
- Latem spotkałem na Rynku w Zbąszyniu dziewczynę, okazało się Australijkę,
która przyjechała, żeby się dowiedzieć, dlaczego ona jest ponoć Polką,
jak przecież w papierach rodzinnych stoi, iż jest Niemką - mówi Ireneusz
Koźlicki ze Zbąszynia. Z tego miasta bowiem razem z klępszczanami
też wyjechała grupka: Karol Antoni Wódka, Jan Galaś, Ferdynand Boerke
i Jan Schulz. Rzecz opisał w 1984 r. nieżyjący już zbąszyński proboszcz
Mieczysław Pohl. Jego praca, z licznymi podkreśleniami, leży na biurku
ks. Banasia. Być może była to pierwsza publikacja o "Australijczykach
z Polski".
Pohl wspomina, iż oprócz czterech rodzin zbąszyńskich wyjechali również
mieszkańcy sąsiednich miejscowości. Rodzina Auricht, Jan Graetz, Krystian
Rothe i Wilksch z Chlastawy, Jan Matter i Krystian Kappler z Kosieczyna,
z Trzciela Jan Hahkn i Fryderyk Hamdorf, z Nowej Borui Dorota Pfitzner.
Natomiast w 1844 r. wyjechało aż 31 osób z Dąbrówki Wlkp., potem z tej
wsi odnotowano wyjazdy jeszcze w 1854 r. i 1876 r. (osiem rodzin).
- Dziewczyna była z domu Galash - wraca do spotkania na Rynku Koźlicki.
- Tłumaczyłem jej, iż pochodzi z rodziny polskiej, jednak wówczas Polska
była pod zaborem pruskim, stąd urzędowe dane mówią o obywatelach Prus,
i stąd niemiecka pisownia nazwiska.
Niedawno I. Koźlicki wysłał Australijczykom wydany w zeszłym roku album
"Zbąszyń. Wędrówki po mieście", gdzie znalazło się zdjęcie Davida i
Ruth Gallash przez niego zrobione w czasie ich wizyty w Polsce.
- Właśnie dostałem maila z potwierdzeniem odbioru, bardzo się cieszą z
tej pamiątki - mówi Koźlicki.
Jak oni emigrowali
Grupa 125 osób z dzisiejszego pogranicza lubusko-wielkopolskiego wyruszyła
do Australii pod przywództwem pastora Augusta Kavela. Miejscem zbiórki
były Cigacice. 8 czerwca 1838 r. barkami odrzańskimi emigranci wyruszyli
do Hamburga. Stamtąd zabrał ich statek "Catharina", dziś legenda dla wszystkich
potomków emigrantów. W 1841 r. statkiem "Skjold" popłynęła następna grupa,
kolejne zaś w latach 1844, 1854, 1876.
|