|
- Ja się nie widzę, żeby ciągle siedzieć w domu - mówi pani Jadwiga.
- A mnie chodzi o pracę, ale taką, żeby... nie zarabiać - dodaje pani
Gertruda. Dwie z ponad 20 wolontariuszek fundacji.
Przeszło 20 osób przychodzi stale na dworzec PKP Zbąszyń Główny i pracuje
społecznie w sklepie fundacji "Nasz Dom", który istnieje tutaj drugi rok.
- Przez dwa dni sprzedajemy tanie rzeczy, a przez dwa inne dni wykładamy
je na półki i przygotowujemy dla klientów - mówi Jadwiga Ksiąg.
- Sklep na dworcu prowadzi działalność pożytku publicznego, pracują w
nim wolontariusze i podopieczni fundacji "Nasz Dom" - tłumaczy Paweł
Urbanowicz, prezes fundacji. - Zarobek nie jest głównym celem, idzie
los naszych wychowanków, którzy po 18 roku życia usamodzielniają się,
ale będąc zdanymi tylko na siebie trafiają na życiowe rafy. Praca w tym
punkcie, pod nadzorem fundacji, ma pomóc im w wejściu na dobrą ścieżkę
życiową.
Tutaj fajne towarzystwo
- Lubię pracować, całe życie pracowałam, ale chciałam jeszcze komuś pomagać
- tłumaczy Gertruda Otto, dojeżdżająca ze Zbąszynka. Tak powiedziała
Annie Urbanowicz nadzorującej z ramienia fundacji sklep, gdy "się
przyjmowała". Podobnie myślą pozostałe wolontariuszki.
- Dzieci odchowane, wielkich obowiązków w domu nie ma, a tutaj fajne towarzystwo
- uważa Maria Stażyńska.
- Zebrał się wyjątkowy zespół - chwali koleżanki Anna Piasecka
zajmująca się stoiskiem z "antykami"; to jej rewir.
- W czasie pracy rodzą się znajomości, przyjaźnie - wskazuje Elżbieta
Wieczorek. Kobiety, bo jest ich większość, uważają się za rodzaj nieformalnego
klubu. Mimo zimna panującego teraz w ogromnym gmachu dworcowym, potrafią
siedzieć przy kawie, dyskutować, bo mają poczucie, że są potrzebne.
- Są niezwykłe! - przekazuje prezes Urbanowicz. - Przecież nikt im tego
nie każe.
Pracować bez wariactwa
- W ten sposób pomagamy fundacji, zatem pomagamy dzieciom, młodzieży,
którymi fundacja się zajmuje - stwierdza Jolanta Dąbrowska. Panie
obserwują przy okazji zachowania klientów. Widzą, że niektórzy kupują
drobiazgi, żeby również wspomóc fundację. - Ktoś będąc przy kasie od siebie
dorzuca jeszcze parę groszy - wskazuje Agnieszka Walentowska, jedyna
z pań zatrudniona w fundacji.
- Czasem spotyka się znajomych, których człowiek latami nie widział -
dorzuca J. Ksiąg. - Ale przychodzą też ludzie, jak pewien pan, chcący
nas tylko odwiedzić, powiedzieć "dzień dobry".
- Oczywiście nie brak narzekających, że "nic nie ma" - wtrąca A. Walentowska.
- Ale po jakimś czasie oni mimo wszystko się pojawiają.
- Przychodzą ludzie z wysublimowanym gustem, szukający różnych perełek,
bo u mnie na stoisku zdarza się porcelana Rosenthal, Bawaria, antyki -
mówi A. Piasecka. Wspomina turystów, którzy wpadają zwykle latem. - Odwiedzała
aktorka grająca w serialu "Klan", bardzo przyjemna - przypomina któraś
z pań. Lecz pracują też panowie, Jarosław Majerowicz, Leszek Stażyński
i inni, którzy wykonują cięższe prace, skręcają meble, przenoszą, montują
przed otwarciem sklepu. Wolontariusze mają świadomość wyjątkowości swoich
działań. Zwykle emeryt, który ma się chęć czymś zająć liczy na zarobek.
Oni zaś robią to, gdyż chcą być między ludźmi, chcą być pożyteczni dla
innych. Mają też "odruch pracy". - Jak człowiek całe życie tłukł w "Romeo"
na akord, to wręcz się cieszy, że tutaj może pracować normalnie, bez dzisiejszego
wariactwa - mówią wolontariusze.
Sklep na dworcu
Fundacja "Nasz Dom", mająca siedzibę w Lutolu Mokrym niedaleko Zbąszynia,
jest instytucją prowadząca działalność na rzecz opuszczonych społecznie
i biologicznie dzieci i młodzieży. Jedną z form jej aktywności jest tani
market na dworcu PKP wspierany przez szwedzką fundację "Reningsborg" ("Pomocne
ręce") działającą charytatywnie na całym świecie.
|