|
Zakład wikliniarski mieści się przy ul. Jacentego Janka, niedaleko dworca
kolejowego. Trudno dojechać. Droga dziurawa, że bardziej chyba nie może
być. Kiedyś w tym miejscu istniał już zakład wikliniarski, jednak został
zamknięty. Obecny istnieje od kilku lat jako jedna z filii Spółdzielni
Usług Rolniczych.
- Wiklina to lokalna tradycja, nie mogliśmy dopuścić, żeby ta działalność
upadła
- mówi Tadeusz Ptak, prezes SUR, który doprowadził do powrotu wikliniarstwa.
- Zatrudniamy cztery osoby plus dwóch chałupników - wyjaśnia kierownik
firmy Krzysztof Gmiąt. W jednej z hal uwijają się trzy osoby wyplatające
z "witek", jak to się popularnie w Zbąszyniu mówi, wszelkie meble, sprzęty,
kosze.
Potrafimy wszystko
- Zrobimy wszystko co jest możliwe i co zamówi klient - deklaruje Ewa
Wojciechowska. Twierdzi, iż nie ma przedmiotu, którego do spółki z
pozostałymi panami nie potrafiłaby wykonać.
- Pracujemy pod konkretne zamówienia, klient przychodzi z rysunkiem, mówi
co by chciał i od razu ruszamy, nie ma roboty na magazyn - wyjaśnia K.
Gmiąt.
- Mamy odbiorców za granicą, w kraju, sprzedajemy na targach, a także
przez internet.
Czy można obrazowo określić wielkość produkcji zakładu? Robotnicy-artyści,
bo wszak to, co robią jest niepowtarzalnym rękodziełem, oceniają, że jeden
z nich jest w stanie wyprodukować miesięcznie 30 wiklinowych foteli. Rocznie
wszyscy
- około 400. Jest to jednak miara przybliżona.
- Zaczyna się od tego, że skupujemy zieloną niekorowaną wiklinę - opowiada
kierownik Gmiąt. Rocznie wypada około 30 ton.
- Potem ją sortujemy według długości, od 60 do 240 cm - dodaje pani Ewa.
Następny etap to gotowanie witek, żeby odeszła kora. To firma zleca Pawłowi
Grąsowi z Nądni. Gotowanie w wielkich kotłach trwa całą dobę.
Jest też biała wiklina
- Następnie witki idą na maszynę między wałki i kora odchodzi - dorzuca
Stanisław Konior. - Okorowaną wystawiamy na dwór, żeby wyschła,
a dalej do magazynu. Tam sobie czeka.
- Tuż przed samym wykorzystaniem na kosz czy mebel znowu ją moczymy
- uzupełnia Bernard Szulc.
Obaj panowie są samoukami, żeby posiąść umiejętności wyplatania podglądali
kogoś w rodzinie lub znajomych. E. Wojciechowska była na półrocznym kursie
u Bronisława Kostery i Marii Ptak.
- Najważniejsze w tej robocie są ręce i sekator. - podkreśla pani Ewa.
W hali stoi piła mechaniczna, jest wiertarka, młotek, są gwoździe. To
także się przydaje. Większość przedmiotów powstaje z witek żółtych przygotowanych
w sposób masowy. Jeśli jednak ktoś chce mieć mebel z białej wikliny, wówczas
korowanie odbywa się ręcznie, co oczywiście wpływa na koszt sprzętu. Żeby
witki zachowały swą biel dodatkowo przeprowadza się kwasowanie, a gotowe
sprzęty lakieruje się. Są ładniejsze.
|