|
W sierpniu 1939 r. jako nastolatka uciekała z Nądni pod Zbąszyniem
przed Niemcami na wschodnia ścianę Polski, by po sześciu latach będąc
już sanitariuszką, przejść szlakiem bojowym Wojska Polskiego spod Siedlec
nad Oką, po sam Berlin.
Pelagia Dąbrowska urodziła się w roku 1922 w Nądni koło Zbąszynia i tu
też mieszka do dzisiejszego dnia. Ojciec był kolejarzem, zaś matka zajmowała
się domem, bo oprócz najmłodszej Pelasi, było jeszcze troje chłopców.
Początek wojennej zawieruchy
Z rodzinnego domu pani Pelagii do granicy polsko - niemieckiej było zaledwie
parę km. - Polacy, którzy mieszkali wówczas tuż przy granicy czuli się
bardziej zagrożeni wojną niż inni. A z drugiej strony wydawało się, że
jeśli Niemcy wkroczą do Polski to daleko nie zajdą - wspomina dziś pani
Pelagia. Sąsiad, który był celnikiem zaproponował rodzicom dziewczyny,
iż może wyjechać z nimi za Warszawę, tam na pewno Niemcy nie dojdą. I
w ten oto sposób jako 17. latka, znalazła się w miejscowości Wicyń k/Dunajowa
woj. tarnopolskie, na drugim końcu Polski. Uciekinierzy dotarli na miejsce
29 sierpnia. Mobilizacja w kraju była już wówczas widoczna.
Rosjanie też atakują?
Atak Niemiec hitlerowskich na Polskę, który nastąpił w dniu 1 września
1939 r. okazał się nie jedyny, bowiem kolejny agresor, którym był Związek
Radziecki wkracza na tereny wschodniej Polski w niespełna trzy tygodnie
później. I w ten sposób, młoda dziewczyna znalazła się w samym środku
wojennej machiny. - Z wkroczenia wojsk radzieckich pamiętam ciągnące się
sznury samochodów i czołgów, które przetaczały się od świtu do nocy. I
żołnierzy radzieckich, którzy plądrowali mieszkania w poszukiwaniu broni
- opowiada P. Dąbrowska.
Życie jednak toczyło się dalej...
Mieszkała z zaprzyjaźnioną rodziną w jednym małym pokoiku. Było ciasno
i bardzo skromnie, ale ludzi byli dla siebie nawzajem życzliwi. Praca,
którą podjęła w agencji pocztowej jako telefonistka, umożliwiała jej skromne
życie i pozwoliła chociaż na chwilę zapomnieć o tęsknocie za rodziną.
Złudna nadzieja powrotu
- W czerwcu 1940 roku ukazały się w Wicyniu obwieszczenia NKWD o możliwości
skorzystania z transportu na zachód Polski, ta szansa powrotu w rodzinne
strony spowodowała, że jeszcze bardziej zatęskniłam za rodzinnym domem.
Prawda jednak okazała się bolesna - mówi pani Pelagia. Wszyscy Polacy,
którzy zgłosili się do Komisji ds. Uchodźctwa we Lwowie, zostali niespodziewanie
aresztowani przez NKWD i wywiezieni na Sybir. Nikt wówczas nie zdawał
sobie sprawy z tego, że jest to planowe działanie mające na celu wyniszczenie
narodu polskiego. Było to przecież, jedno z założeń paktu Ribbentrop -
Mołotow z sierpnia 1939 r.
Trzy lata na Syberii
Miasto Swierdłowsk, obł. Puszmińskiej, rejon Kamyszłowskij Lestranschoz,
240 kwartał - to był nowy adres Poli. Bo tak zaczęły nazywać ją współkoleżanki
niedoli. - Mieszkałam wtedy z żydowską rodziną Rosenbergów, w drewnianych
barakach. A pracowałam po 10 godzin dziennie przy ścince drzew, nawet
w 60. stopniowym mrozie - przypomina sobie najtrudniejszy okres swego
życia nasza rozmówczyni.
Droga do domu
Wiadomość o tworzeniu się polskiego wojska na terenie ZSRR, dawała nadzieję
na powrót do Polski. - Pamiętam, że przed komisją wojskową stawałam na
palcach, by w ten sposób wydać się wyższą, a i waga wskazywała wówczas
więcej kilogramów - śmieje się przyszła sanitariuszka na wspomnienie tamtego
zdarzenia. Dalej już mogło być tylko lepiej, bo coraz bliżej domu. W sierpniu
1943 roku została wcielona do Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii
Plater przy II Dywizji Ludowego Wojska Polskiego im. Henryka Dąbrowskiego.
Musiała przejść trzy miesiące musztry i ćwiczeń, by potem móc złożyć przysięgę
wojskową i ruszyć na front. Niestety pobyt na Syberii szybko dał o sobie
znać i w połączeniu z żołnierskim trudem, zaowocował trzy miesięcznym
pobytem w szpitalu wojskowym w Moskwie. Dolegliwości sercowe i reumatyczne
nie stanęły jednak Poli na przeszkodzie, by ponownie stanąć przed komisją
lekarską i otrzymać przydział do Samodzielnego Batalionu Sanitarnego.
Po sześciu latach tułaczki
Wracając w rodzinne strony, sanitariuszka Pola stacjonowała m. in. w takich
miejscowościach jak: Berdyczów, Łuck, Warszawa, Lublin, Puławy, Kołobrzeg,
i wreszcie Berlin. - Nigdy nie zapomnę, kiedy staliśmy w Rembertowie.
Przyjmowaliśmy wówczas wszystkich rannych powstańców, którzy zdołali do
nas dotrzeć z płonącej Warszawy - wspomina pani Pelagia. Służbę żołnierską
zakończyła 1 grudnia 1945 r. w kieleckim szpitalu polowym w stopniu sierżanta.
Pozostały wspomnienia i odznaczenia
Za zasługi w obronie Ojczyzny otrzymała wiele odznaczeń m.in.: Krzyż Kawalerski
Orderu Odrodzenia Polski. Medal za Odrę, Nysę i Bałtyk, Odznakę Grunwaldu,
Medal Zwycięstwa nad Faszyzmem, Medal za Berlin. Jednak najcenniejszy
jest dla niej Brązowy Medal Zasługi na Polu Chwały, przyznany przez dowódcę
bezpośrednio na froncie. W chwili obecnej Pelagia Dąbrowska mieszka w
dalszym ciągu w Nądni, razem ze swoją rodziną i w tym samym miejscu gdzie
się urodziła. Należy do Związku Sybiraków oraz innych organizacji kombatanckich,
i ma tylko nadzieję, że czasy sprzed ponad 60. lat już nie powrócą.
|