Dziś na łamach "Zbąszynianina" przedstawiamy sylwetkę Jolanty Hanysz
- byłej mieszkanki Zbąszynia. Pani Jolanta od kilku lat mieszka w Niemczech,
ale sercem związana jest z naszym miastem. To przywiązanie jest tak silne,
że postanowiła stworzyć stronę internetową poświęconą Zbąszyniowi. Strona
stała się niezwykle popularna. Odwiedzają ją zbąszynianie i turyści. Chyba
nikt nie zaprzeczy, że jest to niezwykle skuteczna promocja naszego miasta...
MÓJ DOM RODZINNY...
Moją rodzinną wioską jest Nądnia. Biegałam tam
po łąkach łapiąc żaby, moczyłam się w jeziorze i chodziłam z mamą na grzyby.
Grzybobranie jest do dziś moją ulubioną formą odpoczynku. Gdy miałam 6
lat, nasza rodzina powiększyła się o małego łobuza. Często bywało tak,
że musiałam opiekować się braciszkiem. Odpłacał mi tym, że gdy miałam
wolny czas, wszędzie za mną biegał. Moi rodzice, jak tylko sięgam pamięcią,
zawsze pracowali zawodowo. Doceniam ich trud, gdy pomyślę, że zawsze znaleĽli
też czas dla nas. Oboje mieli nieregularny czas pracy. Często bywaliśmy
sami i być może dlatego wcześnie staliśmy się samodzielni.
LATA SZKOLNE
Uczyłam się w Nądni, potem w Zbąszyniu. Następnie
w Liceum Ogólnokształcącym w Wolsztynie. Edukację skończyłam w Sulechowie.
Pracę rozpoczęłam w Państwowym Przedszkolu i w Szkole Podstawowej w Nądni.
W tamtych czasach trudno było zdobyć pomoce naukowe. Pamiętam, że nawet
z blokiem rysunkowym był problem. Papieru kancelaryjnego jednak było pod
dostatkiem, więc rozdawaliśmy go dzieciom na zajęciach plastycznych. Wszelkiego
rodzaju rekwizyty trzeba było zbierać samemu. Na rynku brakowało wszystkiego.
Praca z dziećmi wymagała więc w takich warunkach sporych zdolności, inicjatywy
i kreatywności. Wszyscy pamiętamy czasy kartek i reglamentacji. Nie ominęła
ta sytuacja nawet naszych maluchów.
Z początkiem lat 80-tych założyłam rodzinę. Mąż
również wiąże swoje całe dzieciństwo z tym regionem. Na świat przyszły
nasze dwie córki. Gdy jedna miała cztery latka, a druga roczek, mąż zdecydował
się pojechać do rodziny do Niemiec. Czasy w Polsce były trudne, żeby nie
powiedzieć tragiczne. Nawet pieluch dla dzieci nie było. Nie byłam w pełni
zdecydowana na wyjazd. Miałam pracę, dom i rodzinę, która zawsze gotowa
była mi pomóc.
EMIGRACJA...
Niecały rok póĽniej znalazłam się z dziećmi w
Zagłębiu Ruhr. Nigdy nie myślałam, pokazując na lekcji geografii to miejsce,
że kiedyś tam zamieszkam. Nie wyobrażałam też sobie życia w tak dużym
mieście, jakim jest Oberhausen. Mąż zrobił wszystko, żeby mnie zachwycić
zachodem. Wszystko nazywało się "stanem tymczasowym". Początki były trudne.
Pokój z kuchnią i łazienką. Czułam się wrzucona na "głębokie wody". W
liceum uczyłam się francuskiego, ale na nic się tu zdał. Najbardziej było
mi żal dzieci. Wyrwałam je z kochanego środowiska i wsadziłam w miejsce
zupełnie dla nich obce, gdzie nikt ich nie rozumiał. Często miałam wyrzuty
sumienia z tego powodu. Z czasem sytuacja zaczęła się normalizować. Dzieci
to wspaniałe "tworzywo". Bardzo szybko nauczyły się języka. Miałam szczęście
dostać się do szkoły na kurs niemieckiego. Moja nauczycielka była wspaniała.
Mówiła: najpierw słuchać, potem rozumieć, aż w końcu odważyć się mówić.
I tak też było.
Starałam się nawiązywać coraz więcej kontaktów
z rodowitymi Niemcami. Język ten zawsze wydawał mi się twardym w wymowie.
Z czasem stwierdziłam, że tak nie jest. Dyskusje po niemiecku zaczęły
mi sprawiać coraz więcej zadowolenia i pewności siebie. Mąż dostał dobrą
pracę jako elektryk, a dzieci rozpoczęły naukę w szkole. Zajmowałam się
domem i pogłębiałam mój niemiecki przy odrabianiu zadań domowych z dziećmi.
W wolnych chwilach nauczyłam się lepić z gliny wszystko to, co potrzebowałam
do dekoracji w domu. Moja pasja haftowania metodą richelieu zachwycała
Niemców, a ja wzbogacałam swoją kolekcję.
Staraliśmy się często odwiedzać Polskę. Bardzo
ważne było dla nas, żeby dzieci nie zapomniały języka polskiego. Zawsze
im mówiłam, że muszą mówić po polsku, bo babcia i dziadek nie będą ich
rozumieć.
COŚ DLA SIEBIE... I DLA ZBˇSZYNIA
Gdy stwierdziłam, że dzieci coraz mniej mnie potrzebują,
postanowiłam kontynuować dalszą naukę. Zaczęłam uczyć się programowania
html. Odbyłam praktykę w agenturze reklamowej. Dokształcałam się też w
Europejskim Instytucie Filmu i Telewizji w Oberhausen. To była dla mnie
prawdziwa radość. Wreszcie coś zrobiłam dla siebie.
Po zakończeniu szkoły nie chciałam, aby moja nauka
"poszła w las". Zastanawiałam się, jaką stronę mogłabym stworzyć, żeby
nie zapomnieć tego, czego się nauczyłam. I tak zrodziła się w 2000 roku
koncepcja utworzenie strony zbąszyńskiej. Tym samym myślałam, że mogę
coś dobrego zrobić dla moich rodzinnych stron. Początkowo nie miałam tak
pięknego adresu: www.zbaszyn.com i prezentacja składała się zaledwie z
kilkudziesięciu stron. Postarałam się, aby była do znalezienia w największych
wyszukiwarkach.
Wkrótce dostałam pracę w biurze. Dodatkowo zajęłam
się wykonywaniem prezentacji i reklamy dla różnych małych firm. Niestety,
wyjazdy do Polski stały się niemożliwe. Zaczęłam jeszcze bardziej tęsknić.
W tym czasie stworzyłam prezentację wierszy polskich wieszczów, która
jest dołączona do zbąszyńskiej. Zaczęła się rodzić myśl wykupienia domeny.
W roku 2001 zdecydowałam, że na moje hobby mogę poświęcić trochę pieniędzy
i kupiłam domenę: www.zbaszyn.com. Im rzadziej byłam w Polsce, tym więcej
pracowałam nad stroną. Zaczęłam dostawać miłe maile z całego świata. Z
mailami docierały do mnie informacje i fotografie. To dopingowało mnie
jeszcze bardziej. Fotografowanie, które jest pasją mojego męża, dostarczyło
mi wielu pięknych zdjęć na stronę zbąszyńską. Podczas każdego pobytu w
Polsce mąż duzo fotografuje i zbiera różne materiały. Dzięki niemu też
znajdywałam czas na pracę nad stroną. Nazywam to pracą, bo z biegiem czasu
nie jest to tylko dla mnie hobby i rozrywka, lecz godziny przesiadywania
przy komputerze. Tym sposobem nazbierało się dużo informacji. Obecnie
przestałam już liczyć zbąszyńskie pliki. Sama prezentacja poezji ma ich
700. Obawiam się, że niedługo wykorzystam całkowicie miejsce na serwerze,
które mam do dyspozycji (100 MB).
WWW.ZBASZYN.COM
Na stronę zbąszyńską można w Internecie bardzo
łatwo trafić. Jest tak zrobiona, że wystarczy wpisać w wyszukiwarce hasło:
"zbaszyn" i już jest na pierwszym miejscu na świecie. Ci, którzy czują
się związani ze Zbąszyniem i chcą w Internecie coś o tym mieście znaleĽć,
zawsze trafią na moją stronę. Umieściłam na stronie książkę telefoniczną
firm. Wpisując w największej światowej wyszukiwarce "Google" hasło "zbąszyń
+ nazwisko", umożliwia błyskawiczne znalezienie poszukiwanej firmy zbąszyńskiej.
W bardzo łatwy więc sposób można stać się moim gościem. Głównie trafiają
oni z wyszukiwarki "Google" (31%) i wp.pl (10%) i z innych (14%). Obecnie
45% gości jest stałymi bywalcami i wchodzi bezpośrednio na adres. 66 %
osób wchodzi na strony z Polski, pozostali z reszty świata. Gośćmi są
mieszkańcy Zbąszynia, ludzie, którzy niegdyś mieszkali w Zbąszyniu, a
teraz mieszkają poza granicami Polski, również turyści.
Właśnie ze względu na turystów dokładam starań,
aby Zbąszyń stał się dla nich kuszącą alternatywą na spędzenie urlopu.
Mimo wielu wyrazów niezadowolenia na forum zbąszyńskim, mam ciągłą nadzieję,
że nasze miasto obudzi się ze snu i zacznie rozkwitać. W turystyce widzę
ogromną szansę rozwoju, ponieważ posiadamy piękne jezioro. Napływ gości
w sezonie letnim jest Ľródłem ogromnego kapitału i może dać dodatkowe
miejsca pracy. Internet jest też polem do popisu dla firm. Wiele osób
nie dostrzega znaczenia reklamy. Nie wystarczy mieć stronę internetową.
Trzeba zadbać o to, aby każdy klient mógł w łatwy sposób ją znaleĽć. Otrzymuję
niekiedy pytania, które powinny być skierowane w inne miejsce. Szukam
firm i kieruję je docelowo. Bywa, że zostaję bez odpowiedzi. To sprawia
mi przykrość. Tym bardziej, że sama nic z tego nie mam a poświęcam mój
czas.
DZIĘKUJĘ...
Patrzę optymistycznie w przyszłość i wciąż liczę
na aktywnych Zbąszynian, którzy dołożą starań, aby Zbąszyń stał się pięknym
i rozwojowym miastem. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim tym,
którzy pomogli mi wzbogacić zbąszyńskie strony internetowe.
W czasie powrotów do Nądni i Zbąszynia staram
się wypocząć. Stronię od zgiełku i wielkich aglomeracji. Spędzam czas
w rodzinnym domu, nad jeziorem i w lesie. Nieraz zastanawiam się, czy
los skieruje mnie na stałe
w te strony.
|